Close
O kinie przy winie rozmawiamy z Leszkiem Lichotą

O kinie przy winie rozmawiamy z Leszkiem Lichotą

„Dla mnie zapach dzieciństwa to zapach fermentującego wina porzeczkowego” – z Leszkiem Lichotą rozmawiała Kinga Burzyńska.

Pamiętasz, kiedy pierwszy raz spróbowałeś wina? Było z górnej półki czy raczej „patykiem pisane”?

Pamiętam doskonale! To było wino własnej roboty. U nas w domu, nawet w moim pokoju, stała taka trzydziesto- czy pięćdziesięciolitrowa butla. To w niej dojrzewało wino z owoców, głównie z porzeczek. A ja byłem w wieku, kiedy taki niezwykły gąsior wzbudza zainteresowanie, i podpijałem to wino przez cieniutką, gumową rurkę. A raz, kiedy rodziców nie było w domu, wieczorem przyszli znajomi, urządziliśmy Dionizje i podpięliśmy się w kilka rurek.

A kto robił to wino? Tata?

Rodzice razem.

Ale, jak rozumiem, to było dobre wino?

Niedobrego byśmy nie pili.

Leszek Lichota opowiada o kinie i o winie

Ile lat wtedy miałeś?

Około siedemnastu… To były czasy, kiedy już chyba można było…

Pamiętasz jeszcze, jak rodzice robili to wino?

Pamiętam cały proces. I to od samego początku, bo osobiście zbierałem porzeczki na działkach. Chodziliśmy z wiadrami znajomych, którzy mieli krzaki porzeczek. Razem z ojcem zrywaliśmy i potem przez całe osiedle z pełnymi wiadrami wracaliśmy do domu. Dalszym procesem już zajmowali się rodzice. Wsypywali owoce do wielkiej butli, chyba to czymś zalewali… A może tylko cukru dodawali?

A pamiętasz smak?

Pamiętam przede wszystkim zapach, ponieważ pewnego dnia butla rozbiła się w pokoju. Bardzo delikatna była. (śmiech) Puknąłem w nią czymś i wino rozlało się na wykładzinie. Wyobrażasz sobie? Trzydzieści litrow fermentującego płynu w małym pokoju? Zapach utrzymywał się bardzo długo! Dlatego dla mnie zapach dzieciństwa to zapach fermentującego wina porzeczkowego (śmiech)

Zanim zostałeś studentem warszawskiej Akademii Teatralnej, uczyłeś się w technikum hotelarskim. Wydawać by się mogło, że o aktorstwie nie myślałeś?

I tak, i nie. Pomysł na technikum hotelarskie wziął się z poszukiwania czegoś nowego. Zresztą, aktorstwo też. Szukałem odmiany od tego, co mogłem znaleźć wokół siebie, czyli w Wałbrzychu lat dziewięćdziesiątych. To miasto nie dawało wówczas szerokich perspektyw. W latach przełomu narodziła się w Polsce nowa nadzieja, ale Wałbrzych był miejscem, w którym ta nadzieja umarła. Jakby wszyscy o nas zapomnieli. Taki chłopak jak ja mógł wybrać tylko technikum mechaniczne, górnicze i rożnego rodzaju zawodówki. I nagle otworzył się kierunek hotelarski. Nikt nie wiedział, co to jest, ale fajnie brzmiało. A do tego obiecywali nam miesięczne praktyki wyjazdowe w trakcie roku szkolnego, czyli miesiąc bez szkoły! I jeszcze naukę trzech języków: niemieckiego, angielskiego i rosyjskiego. To mnie skusiło i dlatego tam poszedłem. Jednak po pięciu latach wiedziałem, że nie mam już ochoty rozwijać się w tym kierunku i rozglądałem się za czymś nowym, ciekawszym, co dałoby mi poczucie, że robię to, co lubię, a nie tylko chodzę do pracy. I taką obietnicą powiało od strony aktorstwa.

I masz poczucie, że nie chodzisz do pracy?

Miałem bardzo długo, ale teraz bywa rożnie…

Z czego to wynika? Z tego, że masz za dużo pracy? A może popadasz z czasem w rutynę?

Chyba z tego, że nie wszystko pachnie nowością, że przez kilkanaście lat uprawiania zawodu dostrzegam pewne schematy. Te historie, mimo wszystko, są bardzo podobne do siebie. Możemy się inaczej nazywać, ubierać, ale w zasadzie opowiadamy cały czas o tym samym – o relacjach między ludźmi. Jeżeli pojawia się coś wymagającego, nowego, wtedy mam dużą frajdę. A jeżeli mam wrażenie, że już to robiłem, wtedy „tata idzie do pracy”.

A jak tata nie idzie do pracy, to z całą rodziną podróżuje po świecie. Czy w trakcie Waszych podróży piłeś wino, którego smak będziesz pamiętał do końca życia?

Raczej nie… Ale pamiętam swoje pierwsze zagraniczne doświadczenie z winem. Na czwartym roku studiów mieliśmy wymianę z włoskimi studentami. My na tym wyszliśmy lepiej, bo pojechaliśmy latem na dwa tygodnie do Kalabrii na południu Włoch. A oni zimą do Polski. O zimie w Polsce nie będę opowiadał. Nas interesuje lato w Kalabrii. Upalne. Około 40 stopni Celsjusza. Mieszkaliśmy w przepięknym, małym ośrodku w starym gaju oliwnym. Rosnące tam drzewa miały podobno po dwa tysiące lat! I w takim otoczeniu Włosi nauczyli nas pić wino latem. Robili coś, co z perspektywy pasjonata może się wydać świętokradztwem: brali białe wino i mieszali je z wodą, pół na pół.

Szprycer…

Tak. Szprycer. Wszyscy myśleliśmy, że tak się nie robi, ale jeżeli uczyli tego Włosi, nie protestowaliśmy Okazało się, że drink jest idealny na upały. Gdyby wino nie zostało rozcieńczone, nie dałoby się po nim funkcjonować. Tym bardziej że Włosi piją je od samego rana, od śniadania. A wydawać by się mogło, że to niezgodne z obowiązującą etykietą. A propos etykiety, wiele lat później drogowskazem w  winiarskim świecie stały się dla mnie słowa Marka Kondrata, który zapytany o to, jak rozpoznać dobre wino, odpowiedział „Dobre wino to takie, które ci smakuje”. I tyle!

Kinga Burzyńska i Leszek Lichota

A jakie smakuje Tobie?

Nie przepadam za cierpkim. Ja lubię, gdy ma w finiszu coś łagodnego. Wolę białe od czerwonych…

Nawet zimą?

Nawet do mięs. Jest dosłownie kilka marek czerwonego wina, które lubię, ale wolę je pić na Południu. We Francji, Włoszech czy Chorwacji zupełnie inaczej smakuje!

A jak smakuje wino na planie filmowym?

Z wszelkimi napojami na planie filmowym są zawsze dwa problemy: po pierwsze nie można pokazać, co się pije. A widz musi wiedzieć, co pijesz. Zatem etykietki rekwizytorzy robią sami i nadają im przedziwne nazwy albo zasłaniają je, żeby nie można było rozpoznać konkretnej marki. No i serce boli, bo wino marnuje się litrami. W trakcie scen nie można go pić, więc kupuje się butelkę wina, jej zawartość wylewa, a w to miejsce leje najczęściej sok porzeczkowy. Wino w filmie ma smak porzeczki.

Rozmawiamy o winie, ale jestem przekonana, że każdy, kto miałby taką możliwość, chciałby Cię zapytać o Rebrowa…

On mało wina pił.

Tęsknisz za nim czasami?

Daliśmy sobie nawzajem półtora roku własnego życia.

A kto komu dał więcej?

Myślę, że to jest obopólna wymiana. To bardzo dużo jak na czas zawodowy dać sobie nawzajem trzy razy po pół roku pracy nad jednym projektem. W dodatku na wyjeździe, poza domem. Dałem mu już dużo i nie czuję potrzeby, by dawać jeszcze więcej. Opowiedzieliśmy pewną historię, która przez trzy sezony się dopełniła i zamknęła. Wychodzę z założenia, że lepiej skończyć projekt z lekkim niedosytem lub gdy jest on w szczytowej formie, niż wycisnąć cytrynę do końca. Zatem nie miałbym nic przeciwko temu, żeby ta historia się już zakończyła.

Rozumiem, że jednak jest też inna opcja?

Zawsze jest inna opcja. Po pierwszej serii nie wiedzieliśmy, że będzie druga, a po drugiej nie wiedzieliśmy, że będzie trzecia, więc nigdy nie wiadomo…

Pozostawiasz wiernych widzów przy nadziei…

Ona umiera ostatnia i to jest piękne. (śmiech)

Z czasów, gdy kręciliście Watahę przypomniała mi się historia z goniącym Cię niedźwiedziem…

Tak.

Podobno to były dwa niedźwiedzie?

Już wyjaśniam. Widzowie widzieli scenę, w której uciekam przed niedźwiedziem. Biegnę w dół łąki, a za mną miś. Widzowie natomiast nie widzieli tego, że ten stary niedźwiedź wcale mnie nie ścigał, nie był mną kompletnie zainteresowany, tylko uciekał przed młodym niedźwiedziem, którym postraszyli go treserzy. Kiedyś doszło między nimi do walki. Młody wybił starszemu zęby i od tamtego czasu ten stary się go bał. Treserzy pokazywali mu młodego jako straszaka, a stary przed nim zmykał. My czekaliśmy pięćdziesiąt metrów niżej, a kiedy ruszał, biegliśmy przed nim, uważając, żeby się nie potknąć, bo niedźwiedzie biegają szybko. Na ekranie wyglądało to jak efektowny pościg. A wracając do trunków, to misie, co prawda, wina nie pijają, ale zrobią wszystko za colę! Na planie treserzy, jeśli chcieli niedźwiedzie do czegoś przekonać, podsuwali im butelkę coli na kiju, tak nagradzając podopiecznych.

Leszek Lichota mógł jednak pić wino w przerwach między zdjęciami. Tym bardziej, że w Bieszczadach, gdzie kręciliście Watahę oddawałeś się innej pasji. Wszyscy wiedzą, że jak nie grałeś Rebrowa, to grałeś w snookera…

To prawda. W tamtym czasie przygotowywałem się do Mistrzostw Polski Biznesu, Artystów i Sportu w Snookerze, w których co roku biorę udział. Bardzo mi zależało, żeby dobrze wypaść. Dzięki uprzejmości Marcina Nitschke, świetnego snookerzysty i wielokrotnego medalisty, sprowadziłem stół do hotelu i trenowałem. Trzeba zaznaczyć, że snooker jako sport precyzyjny nie znosi alkoholu. Jeżeli traktuje się go poważnie, a ja swoją pasję traktuję bardzo poważnie, to nie można się wspomagać niczym. Można dopiero później celebrować…

Zwłaszcza kiedy tak jak Ty wygrywa się turniej…

Otoż to! A wtedy celebrowaliśmy pijąc polskie wina!

Ano właśnie! To także jest bardzo ciekawy rynek, zwłaszcza jeżeli przyjrzymy się białym winom z okolic Zielonej Góry. Zostały już dostrzeżone na świecie…

Usłyszałem kiedyś taką ciekawostkę, że historia polskiego wina sięga przełomu XIII–XIV wieku. Uprawy na tej szerokości geograficznej były możliwe dlatego, że klimat wówczas był około 1,5 stopnia Celsjusza cieplejszy niż obecnie. Grona inaczej dojrzewały, były słodsze. Ok. XVII wieku nastąpiła niewielka epoka lodowcowa, drobne ochłodzenie, które klimat nieco ochłodziło, ale tradycja przetrwała do dziś.

Kinga Burzyńska i Leszek Lichota

Zwłaszcza smakowania. Pielęgnujecie z żoną tę tradycję?

Zdecydowanie! (śmiech) Choćby wczoraj. Ba! Dodam jeszcze, że pisałem w szkole hotelarskiej pracę dyplomową pod tytułem „Wina i wódki. Produkcja i zasady podawania”.

Czyli po prostu wiesz wszystko! A mydlisz mi oczy tym cukrem w porzeczkach! Gdybyś miał gąsior, tobyś wino w domu spokojnie zrobił?

No, wiesz… Potrzeba praktyki, żeby dobre wyszło. Pisałem pracę teoretyczną. Z jakich winogron jakie wino powstaje, w jakim procesie, ile takie winogrono może leżakować, z czego robi się białe, a z czego czerwone wino. Bo każdy myśli, że białe z białych, a czerwone z ciemnych.

A tak nie jest? (śmiech)

Nic bardziej mylnego! Ale ja to znam tylko z teorii. Praktykę mam opanowaną jedynie na poziomie konsumpcji. (śmiech) Jednego jestem jednak pewien: wino to bardzo towarzyski trunek. Znakomicie smakuje w dobrym towarzystwie. A dobre towarzystwo, parafrazując Marka Kondrata, to takie, które lubisz.

Wywiad możesz także obejrzeć tutaj

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Close